Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi DAN z miasteczka Bochnia. Mam przejechane 4374.75 kilometrów w tym 1117.00 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 20.56 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl button stats bikestats.pl

Znajomi

Wykres roczny

Wykres roczny blog rowerowy danwidlo.bikestats.pl
Wpisy archiwalne w kategorii

Starty

Dystans całkowity:229.16 km (w terenie 164.00 km; 71.57%)
Czas w ruchu:15:08
Średnia prędkość:15.14 km/h
Maksymalna prędkość:80.00 km/h
Suma podjazdów:2960 m
Maks. tętno maksymalne:197 (100 %)
Maks. tętno średnie:178 (90 %)
Suma kalorii:66711 kcal
Liczba aktywności:4
Średnio na aktywność:57.29 km i 3h 47m
Więcej statystyk
Dane wyjazdu:
56.25 km 53.00 km teren
04:35 h 12.27 km/h:
Maks. pr.:54.50 km/h
Temperatura:
HR max:192 ( 97%)
HR avg:173 ( 87%)
Podjazdy:1999 m
Kalorie: 3870 kcal

MTB Powerade Marathon - Krynica

Sobota, 14 sierpnia 2010 · dodano: 14.08.2010 | Komentarze 4

Wreszcie znalazłem chwilę czasu aby opisać ten niezwykły start. Zacznę od początku, czyli od czwartku. Obchodziłem wtedy swoje urodzinki i nie powiem, żebym się oszczędzał. Myślałem, że w piątkowe popołudnie spędzone w pracy będę odpoczywał. Na moje nieszczęście miałem aż 7 zabiegów i praktycznie od 15.00 do 22.30 siedziałem w gabinecie. Spokoju nie dawał mi żołądek, który nie raczył przyjąć ani grama wody czy jedzenia. Powiedzmy, że koło godziny 20.00 zacząłem funkcjonować w miarę normalnie, odczuwałam jedynie ból w nogach i lekki szum w głowie. Sobotnie zmagania rozpocząłem już o 6.00. Musiałem wymyć sprzęt, nasmarować zmienić oponki itd. Wyjechałem koło 7.20. Droga dłużyła się strasznie co chwila ktoś wlókł się z prędkością 40-50 km/h, a wyprzedzić nie było jak.
Dotarłem na miejsce po 9. Znalazłem jakieś miejsce parkingowe i udałem się do biura zawodów aby dopełnić wszystkich formalności. Po powrocie na parking zdziwiony postawą pewnej Pani (pseudo właścicielki parkingu), która chciała nasłać policję na jakiegoś kolesia bo nie chciał jej zapłacić 25 zł za parkowanie. Pomyślałem nie mam mowy ja też nie zapłacę i odjechałem w inne miejsce (za free).
W trakcie składania roweru zjadłem jeszcze trzy kanapki i princesse. Po raz pierwszy w karierze na starcie byłem już o 10.40. Spotkałem nawet znajomego z X-team Bochnia Maćka Noska (gratulacje dla niego 5 miejsce w swojej kategorii). Przyjąłem dość odważną strategię stwierdziłem, że do puki starczy mi sił będę jechał za Maćkiem a potem wskoczę na swoje tempo i będę walczył aż starczy mi sił. Zdenerwowanie trochę dawało znać na starcie HR 115, a zaraz po od razu wskoczyło na 180. Na pierwszym podjeździe wiedziałem, że będzie ciężko. Nogi nie pracowały tak jak powinny, ale może to i lepiej bo masa ludzi miała za dużo siły na początku co dało się zauważyć po ilości zerwanych łańcuchów :) Wszytko było fajnie do pierwszej premii błotnej. W takim terenie chyba żadna opona nie da sobie rady, KOMODO po kilku obrotach nie miało żadnych właściwości trakcyjnych. Po przeprawie przez ten rozmoknięty odcinek stwierdziłem, że najgorsze już za mną. Zdziwiłem się bardzo, gdy spojrzałem na licznik a tu dopiero niecałe 6 km a ja już nie mam siły, łańcuch zaczyna być słyszalny i coraz ciężej pracuje a ty jeszcze 50 km. Podjazd pod Jaworzynę udało się pokonać w siodle, pomyślałem, że na zjeździe troszkę odpocznę, ale nic błędnego najpierw szybki zjazd po polanie z niespodzianką pośrodku a później straszna ścian w dół. Widziałem, że co poniektórzy próbowali jechać w dół i po 20m kończyli gdzieś w krzakach, więc postanowiłem zejść. Potem chyba był długo oczekiwany barek na którym natankowałem bidon i zjadłem arbuza :) taaak tego mi trzeba było! Chwilę później jakbym zapał drugi oddech i przez moment jechałem całkiem przyzwoicie. Niestety kamienisty podjazd pod Słotwiny dałem z buta. Na szczycie stał jakiś kolo i smarował wszystkim łańcuchy, później dowiedziałem się że to był Pan GG. Później nie pamiętam jak dawałem radę w każdym bądź razie po trzecim barku kiedy wjechaliśmy do Krynicy myślałem, że to już koniec ---> META! A tu niespodzianka jeszcze została góra parkowa. Był to chyba najgorszy odcinek do przebycia. Nogi już nie podawały, napęd trzeszczał, sztrzelał i pojękiwał. Na dodatek chwyciły mnie straszne bóle stóp w okolicach małych palców - coś strasznego. Jak jechałem bolało mniej jak podchodziłem bolało jak cholera, a że lwią część tej części trasy pokonałem z buta zarówno w górę jak i w dół to baardzo bolało.Gdy znalazłem się ponownie w parku i zobaczyłem znak meta za 300m (chyba jakoś tak to pisało)to niemalże oszalałem ze szczęścia! Ludzie na mecie klaszczą, wiwatują normalnie jakbym zajął pierwsze miejsce (fajne uczucie)!
Reasumując stwierdzam, żę mam straszne szczęście do trudnych maraonów u GG. W tamtym roku Szczawnica, w tym Krynica - trudność i zmęczenie to samo. Tyle że w Krynicy jechałem dłużej pomimo braku problemów technicznych.
Sheep 6h w siodle brawo za zacięcie, a już myślałem, że dojechsłeś do mety przede mną!

Oficjalny czas - 04:35:01.079
OPEN - 92/355 w tym 40 DNF i 4 DSQ
M2 - 43/120 w tym 15 DNF
Strata do lidera - 01:36:30



Reszta jak odpocznę ale było ciężko!
Kategoria Starty


Dane wyjazdu:
54.45 km 10.00 km teren
03:12 h 17.02 km/h:
Maks. pr.:80.00 km/h
Temperatura:19.0
HR max:197 (100%)
HR avg:176 ( 89%)
Podjazdy:961 m
Kalorie: 2742 kcal

Strzyżów - CykloKarpaty

Niedziela, 27 czerwca 2010 · dodano: 27.06.2010 | Komentarze 0

Pierwszym startem w sezonie miała być Szczawnica u GG ale niestety trasa spłynęła. Patrząc na kalendarz imprez stwierdziłem, że warto zawalczyć w innej edycji MTB. CykloKarpaty - słyszałam, że całkiem fajne imprezy i nie tak daleko od Bochni.
Rzutem na taśmę na pierwszy ogień poszedł Strzyżów. Po lekkim śniadaniu (jajecznica) zapakowałem się w autko i jazda. Po 1h 40min byłem na miejscu, bez problemu zdążyłem się zarejestrować i wykupić numer startowy. Jedynym problem okazała się kolejka do jednego jedynego WC na całej imprezie :)
Jako nowicjusz startowałem z trzeciego sektora lepsi zajęli drugi i pierwszy. Po 4 km startu honorowego (z wspaniałą przeprawą przez tunel w całkowitych ciemnościach) można było zacząć mocniej dawać po pedałach.
Z początku się troszkę przypaliłem i na pierwszym mocnym podjeździe wyprzedziłem sporo zawodników, jak się później okazał to nieracjonalne zachowanie kosztowało mnie dość dużą stratę po 45 km - gdzie najzwyklej w świecie zabrakło pary w nogach i na dodatek zaczęły łapać mnie skurcze.
Nie obyło się również bez gleby jaką udało mi się zaliczyć na jednym z dość zdradliwych zjazdów. Najwidoczniej ponownie przeliczyłem właściwości trakcyjne opon. Dość szybko się pozbierałem, ale chwile straciłem na odblokowaniu zakleszczonego łańcucha.
Generalnie trasa fajnie oznakowana, różnorodność terenu spora i rodzaj nawierzchni też urozmaicony. Gdyby nie brak sił na ostatnich 10 km oraz nieustannie towarzyszące mi boleści brzucha mogło być lepiej. Podczas odcinków asfaltowych udało mi się dogonić kilku osobników z którymi wspólnie pracowaliśmy nad wypracowaniem lepszej pozycji. Dzięki Panowie za fajną jazdę!

Oficjalny czas: 3:12:26,31
OPEN: 78/154
M2: 27/54
Strata do lidera 38 min :/ mogło być lepiej





Kategoria Starty


Dane wyjazdu:
67.20 km 55.00 km teren
03:27 h 19.48 km/h:
Maks. pr.:49.90 km/h
Temperatura:
HR max:192 ( 97%)
HR avg:178 ( 90%)
Podjazdy: m
Kalorie:54190 kcal

Powerade MTB Kraków

Niedziela, 30 sierpnia 2009 · dodano: 01.09.2009 | Komentarze 1

Zaczęła się szkoła i zaczyna brakować czasu nawet na to żeby zdać relację z maratonu w Krakowie. Jak tylko się odrobię to coś napiszę. Tymczasem wyniki muszą wystarczyć.

Wreszcie zmusiłem się do napisania relacji. Dzień tego dnia zaczął się fajnie. Po śniadanku zapakowałem rower na dach mojego wehikułu i pojechałem na Błonia. Z rana było troszkę zimnawo, ale potem pogoda zrobiła się rewelacyjna. W sumie to niepotrzebnie straciłem 30 min stojąc w kolejce do rejestracji gdyż start miałem już opłacony i wystarczyło tylko sprawdzić czy chip działa. Była godzina 10:30 jak wjechałem do rynny i wykonałem telefon do Baranka. Jak się okazało zapomniał licznika i musiał się wrócić do domu (na starcie wylądował na końcu stawki więc stwierdziłem, że raczej się nie spotkamy). W sumie pozycja jaką zająłem nie była zadowalająca ale po 15 min zorientowałem się że nie jest tak źle. Pierwsze metry po Błoniach to walka o zajęcie jak najlepszej pozycji. Sam teren może nie jest trudny ale ciężko było przebić się w okolice uciekającego czoła gdy rower non-stop podskakiwał na nierównej trawie. Później troszkę asfaltu i wyprzedzania, cały czas piąłem się w górę. Po 15 min stwierdziłem, że trochę za szybko sobie jadę tętno 190, stwierdziłem trzeba się uspokoić bo później może być ciężko. Podjazd pod ZOO poszedł sprawnie i bez większych problemów. Największą frustracje budziły we mnie wąskie leśne ścieżki, gdzie wszyscy byli zmuszeni jechać jeden za drugim. Nie mówię już o jakiś większych podjazdach na których to przynajmniej dwóch czy trzech zawodników zawsze zmuszonych było poddać się sile grawitacji. Owocowało to dość przykrymi uwagami ze strony innych maratończyków (nie mówię już co działo się na zjazdach, kibice mieli wiele okazji do wysłuchania różnych wiązanek). Na trasie przewidziane były trzy barki. Na pierwszym się nie zatrzymywałem gdyż dogoniłem Edka Dańca z Bochni i jechaliśmy przez jakieś 8-10 km razem (siedziałem mu na kole). Potem jakoś udało mi się zebrać siły i odskoczyć. Wybrałem dobry moment na wyprzedzanie gdyż zaraz za mną na kolejnym podjeździe zrobił się straszny korek. Na drugim barku złapałem w rękę trochę suszonych owoców i kawałek arbuza. Trzeci barek uratował mnie przed odwodnieniem. I znów powtórzyła się sytuacja z Szczawnicy kiedy to na 10 km przed metą zaczęło brakować pary w nogach. Wiedziałem, że mogę jechać szybciej ale nogi już nie dawały rady. Na jakieś 6 km przed metą na zjeździe przesadziłem trochę z prędkością i o mały włos nie rozjechałem zawodnika przede mną. Uratował mnie dobry hamulec i dość miękka skarpa. Troszkę się porysowałem ale to nic, najgorsze było to, że złapał mnie skurcz w prawej łydce, który towarzyszył mi po samą metę. Gdy wjechałem na Błonie myślałem, że nikt nie odbierze mi 85 miejsca w M2 ale okazało się, że znalazł się jakiś kozak i na ostatnich 200-300m próbował mnie ścignąć, ale nie dał rady, miałem więcej siły.

W tym roku to już chyba ostatni maraton w moim wykonaniu ale kto wie o ile czas pozwoli może jakaś inna edycja, zobaczymy.

P.S.

Baranek gratuluje tylko 30 min straty i to z tak odległej pozycji na starcie. Aż się boję przyszłego sezonu.

Czas 3:27:33
M2 85/268 (2 DNF)
GEN 190/800 (4 DNF)





Kategoria Starty


Dane wyjazdu:
51.26 km 46.00 km teren
03:54 h 13.14 km/h:
Maks. pr.:62.10 km/h
Temperatura:12.0
HR max:190 ( 96%)
HR avg:167 ( 85%)
Podjazdy: m
Kalorie: 5909 kcal

Szczawnica MTB Mataton Mega

Sobota, 30 maja 2009 · dodano: 30.05.2009 | Komentarze 1

Oj się działo. Prognozy były marne na ten dzień. Wstając o 6.00 nie miałem zbytniej chęci wsiadania na rower i dymania 50 km w deszczu, śniegu i błocie po kolana. Jednak na miejscu okazało się że nie jest tak źle. Słonko czasem fajnie przygrzewało, a deszcz oszczędził wszystkich zawodników. To był mój pierwszy maraton w życiu! Tak więc nie obyło się bez nauki na błędach. Początek poszedł całkiem gładko asfaltowy odcinek dał szansę na znalezienie się na dość dogodnej pozycji. Na starcie tętno 145, po pierwszych kilku kilometrach plasowało się w granicach 180-190. Podjazd 12 km poszedł całkiem fajnie i zmęczenia jeszcze nie odczuwałem, potem zjazd i ból w łydkach. Niestety pech chciał, że na 19 km urwałem linkę od przedniej przerzutki. Myślałem że to już koniec na dziś ale po 15-20min udało się jakoś zblokować przerzutkę i ustawić na środkowej koronce. Dało się jechać jednak mocniejsze podjazdy trza było z buta napierdzielać a po prostej brakowało zębów. Generalnie trasa urozmaicona, niektóre zjazdy techniczne, trudne (błoto, kamienie, duże nachylenie). Najbardziej odczułem ostatnie 10 km. Tutaj pary już brakowało marzyłem o tym, żeby znaleźć się na mecie. Nade wszystko łańcuch blokował się cały czas o ramę. Na przedostatnim zjeździe po polanie zaliczyłem małą glebę (nie zauważyłem, że znajduje się tam coś w rodzaju rowu). Jednak na zawsze w mojej pamięci pozostanie asfaltowy odcinek dojazdu do mety, kiedy to zaparłem się i stwierdziłem że muszę dogonić i wyprzedzić kolesia w czarnym stroju. Musiało to zaj… wyglądać jak popylałem 45 km/h na średniej koronce. Ale szaleńczy pościg popłacił wyprzedziłem kolesia na 30-40m przed skrętem w prawo kierującym nas prosto w rzekę. Z oddali było słychać „…jedź prawą stroną…!” jednak w ferworze walki strony mi się troszkę pomieszały i zaliczyłem bardzo efektowne wodowanie praktycznie całościowe. Ale nie dałem się wytargałem rower zapodałem na ramię i sprint na wypłaszczenie żeby tylko kolo w czarnym stroju mnie nie wyprzedził. Plan został wykonany dojechałem wcześniej. Dałem z siebie chyba wszystko w każdym razie średnie tętno na poziomie 167 (85%) o czymś świadczy.

Mój wynik:
Czas: 03:54:22
W generalce: 120/294
W M2: 57/96


Na przyszłość będę już wiedział, że:

Po pierwsze jak mówią w serwisie, że pasowało by zmienić linkę to trzeba to zrobić!
Po drugie jak się kogoś wyprzedza to krzyczy się „LEWA!”, lub „PRAWA!”. Skąd wiem? Poinformował mnie o tym dość dobitnie pewien zawodnik chyba z M3 jak go brałem na podjeździe.



Kategoria Starty